• Podróże

    Hamburg

    Wpis z 2014 roku; przeniesiony z niecnasprawka.blogspot.com. Tak było.

    Ponieważ solennie obiecałam relacjonować mój żywot, czas na arcyinteresujące fotostory prezentujące migawki z wycieczki do Hamburga.
    Z Warszawy, z pieśnią na ustach, ruszyliśmy w stronę pierwszego przystanku, Poznania. Radość moja była przewielka. Znalazłam się, proszę ja Was, w uroczej knajpce Ptasie Radio, której nazwa wspaniale skomponowała się z motywem przewodnim lokalu.


    Jestem przeszczęśliwa, bo siedzę w wielkiej klatce. Brzmi nielogicznie, ale to prawda.
    Ćwir, ćwir.

    Po najbardziej ornitologicznej przygodzie w moim życiu ruszyliśmy autostradą w stronę celu numer jeden. Szczęśliwie dotarliśmy na miejsce, gdzie zostaliśmy przez resztę wyjazdu bardzo, bardzo miło ugoszczeni, za co z tego miejsca serdecznie dziękuję. Podziękowania ślę także i hamburskim kotom, które uprzyjemniały wyjazd w sposób znaczący.
    Ponieważ postanowiłam skosztować niemieckich potraw, udaliśmy się na sushi. Ale nie jakieśtam stacjonarne sushi; było prawdziwie mobilne, sunące wokół, do łapania i natychmiastowej konsumpcji. I powodujące powszechną radość.

    Kto pierwszy, ten lepszy. Do jakiegokolwiek all-you-can-eat trzeba być prawdziwym twardzielem

    To wcale nie jest tak, że tylko konsumuję. W międzyczasie przecież zmieniam lokale. I tym samym mam czas na powstanie wiekopomnych dzieł sztuki fotograficznej.

    Wbrew pozorom nie miało być to zdjęcie z samochodem.
    Znowu radość z okazji spotkania sztucznego zwierzątka, czyli owca w wielkim mieście.
    Dzielnie pozuję na wietrze.

    Ogromną radochę sprawiła mi wizyta w porcie oraz w barwnej i pełnej ciekawych indywiduów dzielnicy St. Pauli. Po zmroku jest trochę strasznawo, ale i kolorowo.

    Żyję kolorowo.

    W portowym Hard Rock Cafe Pan Niemiec był bardzo zaskoczony prośbą o grzane piwo. Dopytywał trzy razy, czy aby na pewno dobrze zrozumiał zamysł, po czym poszedł skonsultować się z kolegą. Następnie obaj udali się do menadżera. Gremialnie stwierdzili, że o grzańcu nie słyszeli, czemu przyklasnął entuzjastycznie pan ze stolika obok, który zaśmiewał się z pomysłu podania piwa na gorąco. Obsługa była jednak na szóstkę z plusem – na pocieszenie wsadzili butelkę do gorącej wody.

    Ciepło-cieplej-najcieplej.
    Witajcie w moim porcie, szczury lądowe. 

    A to pełnia dyskryminacji – za parkan nie mogą wejść nieletni panowie i wszystkie panie. Ponieważ jestem panie, łypnęłam sobie dyskretnie. Za szybką na parterze budynku siedziała sobie mocno roznegliżowana pani. Wejść dalej nie mogłam, nad czym ubolewam, bo moje zwiedzanie jest niekompletne. Żądam parytetów.
    Są i eleganckie lokale.

    Choć czuję się trochę bardziej zachodnio, to całkiem polsko i na dodatek mocno zimowo pozdrawiam Was ja.

    Visits: 999
  • Podróże

    Do góry: Bergen


    Za życiową mądrość, którą powinno się uzyskać wchodząc w wiek balzakowski, płaci się codziennym bólem lędźwi albo poczuciem zbliżającego się końca, jeżeli nie przespało się nieprzerwanie 7 godzin.

    Na całe szczęście wszystko jest tak pięknie na tym świecie urządzone, że po fazie zaprzeczenia nadchodzi refleksja.

    Na przykład może rzucić wszystko (na 3-4 wrześniowe dni, tak całkiem to nie) i polecieć tanimi liniami na północ?

    Może do Norwegii?

    Bez obaw, nie będę zasypywać nikogo fascynującymi anegdotami z Wikipedii czy książki o łososiu. Moja wiedza o tym kraju czerpana była z powyższych źródeł oraz z szaty graficznej kremów Neutrogena, toteż bez przesady.

    Kózki na skałkach, a w dole najprawdziwszy fragment Norwegii.

    Bergen. Konkretnie Bryggen. Kolorowe domki będące tłem dla wody, a za tym wszystkim jeszcze góry. I więcej domków. No sielanka.

    Nie chcę brzmieć bardziej pompatycznie niż zalecają normy (i tak brzmię), ale uważam, że dobra i wartościowa wyprawa, wydarzenie, dzień to taki, który pozwoli nam czegoś się o sobie dowiedzieć.

    Już rozwijam ten banał: dobrze jest odpoczywać tak, jak wiemy, że odpoczywaliśmy zawsze, robić te same rzeczy, być może tylko w innych miejscach, aby uniknąć rozczarowań. Albo w ogóle niespodzianek. Ale to tam, gdzie jest inaczej, gdzie nas zaboli, uwiera, albo dziubie, żeby zrobić coś nie tak, jak zwykle; to tam zaczyna się zmiana.

    Nie, spokojnie, nie będę pisać o strefie komfortu.

    Różowy domek, błękitny domek. I biały też.
    Jako wybitny ornitolog czerpiący większość swojej wiedzy o ptakach z atlasu o tychże (chyba tylko polskich zresztą) obejrzanego w wieku lat około sześciu, stwierdzam, że jest możliwe, iż ten mural przedstawia zimorodka. Jest również bardzo możliwe, że nie.

    Na zdjęciu piękne umiejscowienie tabliczki z nazwą ulicy (?), między dwoma bardzo norweskimi domami z wąziutką uliczką w tle. To znaczy tak podejrzewam z tą norweskością, ponieważ dla mnie wszystko, co znalazło się w Norwegii jest bardzo norweskie.
    Bardzo norweskie białe domki (i jeden niebiały) z ultranorweskimi górami i niebem w tle.

    Jako osoba, której kontakt z naturą sprowadzał się do codziennych prób zrozumienia swego kota Klocusia, przejściu przez alejkę w parku (alejkę, na trawie czają się kleszcze) i obserwacji morza z bezpiecznej odległości, nie wiedziałam, czego spodziewać się po Norwegii.

    I tak oto ja, człowiek z domów z betonu, z najwyższą radością i dumą pokonywałam leśną drogę wiodącą z góry (wyasfaltowaną, nie należy rzucać się na głęboką wodę) i nawet zahaczyłam o jeziorko.

    Jeziorko, o które nawet zahaczyłam.
    Jak wyżej, ale z innej strony.
    Czysto, ładnie, norwesko.

    Szłam dumnie w spodniach, które przypominały getry tak ochoczo noszone przez wysportowane Norweżki. Mir został chwilowo zakłócony przez rodzinę z naprawdę małymi dziećmi, która zachęcała je do schodzenia po zboczach. Żeby nie iść cały czas łatwą trasą. Innego dnia z kolei doszłam do mojego punktu granicznego, w którym zawróciłam, bo trasa wydała mi się zbyt stroma. Norweska mama asekurowała zaś swoje ledwo jeszcze chodzące norweskie dziecko i obydwoje bez większych przeszkód przekroczyli mój punkt graniczny. Nie przejmowałam się jednak tymi wydarzeniami zbyt długo, bo wszakże należy się porównywać tylko z samym sobą, prawdaż?

    Nie mam szans w trekkingu z norweskimi dzieciakami, więc prawdaż.

    Co chwilę zastanawialiśmy się, jak ci ludzie sobie radzą zimą – piękne domki umiejscowione w górach, bardzo podziwiam. Domki i ludzi.
    Szereg białych domków, oczywiście flaga i ja w kapturze, bo wiało. Mieliśmy jednak niebywałe szczęście, bo jeśli wierzyć informacjom (których obiecałam nie przemycać z internetu, a jednak), Bergen to najbardziej deszczowe miasto w Europie. To jest z największą liczbą dni z deszczem. My załapaliśmy się tylko na jeden, idealny na drzemkę. Podczas reszty ogrzewało nas urocze słonko, które nawet pozwoliło nam odpocząć na ławce w koszulkach i topach, za co jestem niebywale wdzięczna.

    Cudaczny kąt zdjęcia spowodowany jest moimi usilnymi staraniami zrobienia fotografii przez uchylne okno w dachu bez upuszczenia telefonu.

    To w skrócie na tyle. Witajcie ponownie w moim kawałku sieci, gdzie opowiadam, jak przekraczam punkty. Ale tylko te moje.

    Do następnego.
    Visits: 800