Marrakesz: zaczynamy

Poszukując informacji na temat wizyty w Marrakeszu, najczęściej możemy spotkać się z opisem miasta jako pełnego kontrastów. Fraza wydawała mi się naprawdę mało oryginalna, ale już po kilku dniach tam spędzonych stwierdzam, że nic trafniejszego nie znajdziecie. Serio.

Po uporządkowanej, spokojnej Norwegii zapragnęłam powtórki. W międzyczasie przybłąkały mi się pewne dolegliwości nakazujące lepszą dietę i odpoczynek oraz unikanie stresu, cóż więc lepszego niż ład i harmonia dokoła?

I wtedy, jak to zwykle bywa, z impetem wpadł Marrakesz.

Z jednym tylko plecakiem (i okolicznościową siatką wiktuałów) oraz masą przestróg (nie pij wody z kranu, zęby tylko butelkowaną, oszukują tam i naciągają), ale i porad, czym się pozachwycać (tu pomogli niezawodni marokańscy koledzy), wsiadłam bladym świtem do samolotu. Wizzair nie przetrzepał naszych kieszeni, wynajem noclegu też nie, można ruszać.

Samo lotnisko Marrakesz-Menara jest ładne, zadbane i przestronne, choć naczytałam się, że spędzimy tam lwią część naszego wyjazdu przez rygorystyczne kontrole celne. Cóż, może to grudniowa pora, a może jeszcze co innego zdecydowały, że żadnej tragedii nie było, choć i tak w drodze powrotnej zjawiliśmy się aż 3 h wcześniej.

Poczekaliśmy chwilę na pana kierowcę wysłanego przez riad, następnie przejął nas kolejny pan, który lawirował przez kręte uliczki medyny jako nasz przewodnik i tak oto zameldowaliśmy się w przepięknym miejscu na nocleg.

Dach riadu to wymarzone miejsce na śniadanie. To niesamowite uczucie, gdy opatulona bluzą czekałam na pierwsze promienie, popijając miętową herbatę. Bezchmurne niebo, placki, dżemy z malutkich tadżinów i para kotów, która przy naszym śniadaniu robiła więcej kotów. Pięknie!
Riad z krzywego lotu ptaka oraz ja w stroju turystycznym.

Pomagała nam przemiła pani, a sąsiadami byli równie przemili Anglicy. Na jedną noc zostali też niesamowicie kaszlący młodzieńcy, a ja już wkrótce mogłam przekonać się dlaczego w Marrakeszu drapie w gardle. Ale, jak mawiał Bogusław Wołoszański, nie uprzedzajmy faktów.

Po zainstalowaniu się na miejscu udaliśmy się w kierunku osławionego placu Dżami al-Fana. O, każdy, kto był w Marrakeszu miał na jego temat coś do powiedzenia. W dzień jest to zwykłe targowisko pełne cudów, jak panowie z małpkami na łańcuszkach (bardzo zły i nieetyczny proceder, obchodziłam szerokim łukiem), zaklinacze węży (obchodziłam jeszcze szerszym), panie, które łapią za rękę i usiłują namalować hennę na odkrytej części ciała (uwielbiam hennę, ale jednak ta wykonywana w Warszawie ma niewątpliwą zaletę, że mogę sama zdecydować, czy ją chcę, czy nie; plus mam pewność, że nie zostanie ze mną na zawsze; strzeżcie się czarnej henny!).

Wdrapaliśmy się na wyższe poziomy pobliskiej restauracji i zamówiliśmy, jakżeby inaczej, pierwszy tadżin.

Proszę, proszę, jakie instagramowe zdjęcie.
Ja, dym, plac, czekamy na jedzenie.
Jedzenie nadeszło. W tle papier, pestki z oliwek i nadgryziona bułka, koniec instagramowych zdjęć.
Widok z drugiej strony.

Tadżiny są fajne, jednak restauracyjne porcje są sporo mniejsze od tych, które jedliśmy w Polsce, chyba, że zamówi się je od razu z kuskusem. Jest na szczęście sporo wariacji, więc można śmiało znaleźć coś bez mięcha.

Osławione świeżo wyciskane soki. Część osób mówi, że najlepsze na świecie, część, że dosładzany i porozcieńczany lep na turystów. Ja odważnie nie spróbowałam.

Plac nocą to jest, moi drodzy, insza inszość. To znaczy dalej mamy małpki, węże i hennę, ale dochodzą nam jeszcze liczni sprzedawcy jedzenia, a liczba nagabywaczy zwiększa się zdecydowanie. Zaczepiacze wielokrotnie niepytani przez nikogo odgadli narodowość mojego Lubego (klasyczna rozrywka turystycznych miejscowości, po raz pierwszy poznana przeze mnie dawno temu w Berlinie), ja jednak w jego towarzystwie i w chustce oraz kapturze stanowiłam najwidoczniej swojego rodzaju wyzwanie. Raz pytająco krzyknęli: Armenia?, co akurat wprowadziło mnie w małą konsternację. No bo jakże Armenia. Lubego jednak bezbłędnie rozpoznali jako Hey, Bruce Willis!, więc punkt dla nich.

Punkty ujemne jednak daję panom, którzy wieczorową porą podopisywali nam niezamawiane cuda wianki do rachunku, zwiększając go kilkukrotnie. Wiedzieliśmy już, że tak się czasem tu dzieje, więc niespodzianki nie było. No, może zaskoczyło mnie przedstawianie się jako właściciel przybytku, podczas gdy się nim nie jest. Ot, koloryt lokalny.

Spokojne, rzeczowe wyliczanie, że tego i tego nie zamawialiśmy, przyniosło w miarę oczekiwany (no dobrze, mogło być lepiej ;)) skutek. Oczywiście pan zmienił się nie do poznania z najprzyjaźniejszego gospodarza w przewracającego oczami niemilca, ale to się zdarza, trzeba mieć to na uwadze i po prostu przyjąć na klatę. Przyjęliśmy, przygoda za nami, w restauracjach z kolei nikt oczami nie przewracał.

A propos restauracji. Po innej, niemiłej przygodzie udaliśmy się do lokalu, na który już się wcześniej przyczaiłam. Kiedyś, gdy poszukiwałam wegańskich przepisów, natrafiłam na Instagramie na panią z Maroka, która prowadziła bloga o lokalnym gotowaniu. Tak się akurat złożyło, że kilka dni przed naszym przylotem ogłosiła, że zaczęła współpracę z nowo otwartą restauracją. Uznałam to za niewątpliwy znak i na moją wyraźną prośbę podreptaliśmy.

Kulinarnie nie przyszaleliśmy w Marrakeszu jakoś wybitnie, ale ta restauracja, L’Mida, naprawdę mnie urzekła. W kontraście do chaotycznej medyny dokoła, było naprawdę spokojnie, więc zdecydowałam się ją polecić. Ceny nie są niskie, ale nadrabia całą resztą.

Polecam więc. Koniec polecania.

Ano i medyna. Miasto w mieście, świat w świecie. A przede wszystkim suki, czyli przebogate targowiska, pełne w zasadzie wszystkiego. Można znaleźć tu bajeczną ceramikę, kilogramy przypraw, prawie oryginalne ubrania niemalże prawdziwych światowych marek, głowę owcy, propozycję zakupu substancji zakazanych, oleje arganowe, kadzidła, lampy, a ja znalazłam nawet gabinet dentysty.

Mamy taki mały tadżinek.
Śliczne, prawdaż?
Kobry, szachy, króliki.
Na tym talerzu śpi kotek, co urzeka mnie za każdym razem. Kotków tam pełno, talerzy też.

Oczywiście ceny są podane tak, aby było się z czego targować, co polecił także jeden z naszych marokańskich znajomych. Potwierdzam. Żaden ze mnie spec w tej dziedzinie, wolę inne czynności, wliczając w to jedzenie, więc czynność wziął na siebie mój towarzysz. Ale faktycznie, kwoty elegancko opadają i jest to normalne.

Pomiędzy tradycyjnymi stoiskami można było odnaleźć nowe sklepy, jak Chabi Chic. Tu nabyliśmy miętową herbatę.
Kapcioszki lub z lubelska ciapki.
Aż tu nagle tak zwany concept store.
Same dobra.
Cześć.

Jedną z szeroko nagłaśnianych atrakcji są wypady na pustynię, określone w Internecie jako „atrakcja dla Grażyn i Januszy”. Po takiej rekomendacji nie mogliśmy nie pojechać.

Ponieważ nie miałam żadnej pewności, czy wielbłądy na wynajem traktowane są bez zarzutu, zdecydowaliśmy się na quady. Jedynym moim zmartwieniem była obowiązkowa wycieczka do mieszkańców pustyni i wspólne picie herbaty. Na całe szczęście nikt nie poczęstował nas niczym i oprócz zapytania skąd jesteśmy i czy mamy 2 euro, zostaliśmy, ku mojej radości, zignorowani. Za to na quadzie bawiliśmy się wybornie: pan nakazał mi założenie czepka, który nadawał mi wygląd pani z mięsnego z okolic 1987 roku, i obiecał, że niebawem do czepka dołączy kask.

Nie dołączył.

Ale mi się i tak podobało.

Jest i on.

Co zwiedzić?

Dla fanów mozaiki: Muzeum Marrakeszu. Powierzchnia nie powala, ale architektura i zdobienia warte odwiedzin.

Pałac Bahia: ciąg dalszy mozaiki. To niezwykle oblegane miejsce, bo oprócz wędrówki przez opustoszałe komnaty można odpocząć sobie na okazałym dziedzińcu.

To ja, szuram chustą po mozaice.

Hotel La Mamounia

La Mamounia jest droga, nie ulega to wątpliwości, ale zupełnie za darmo można sobie wejść i odszukać jeszcze więcej mozaiki. Trzeba tylko zostawić swoje plecaki u panów ochroniarzy, ale nie martwcie się, bo oddają.

Przycupnęłam.

Ogrody Majorelle.

Miejsce, które osławił Yves Saint Laurent, było już mocno oblegane, choć wcale nie byliśmy w szczycie sezonu. Słynie ono zdecydowanie z niebieskiego odcienia majorelle blue, wszechobecnego na terenie ogrodu. Co kilka metrów porozsiewane są pozujące do zdjęcia osoby, co nie dziwi, bo tło kusi kaktusami, intensywnie niebieskim i bujną roślinnością.

Niebieskie doniczki.

Wycieczka była zdecydowanie intensywna i nie uważam, żeby było to miejsce absolutnie dla każdego. Aczkolwiek tym, którym nie chce się leżeć na leżakach z all inclusive, a gotowi są na nowe, różnorodne doznania, polecam.

Visits: 1084

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.